
Zgodnie z nakazami Tutora oraz Rady Święto Niepodległości było dniem wolnym od pracy. Większość gospód, sklepów i warsztatów była dzisiaj pozamykana, tak więc niemal wszyscy mieszkańcy mieli czas cieszyć się atrakcjami. To był jeden z tych dni, w których można było pozwolić sobie na drobne zapomnienie. Ludzie, zamiast skoncentrować się na troskach dnia codziennego, cieszyli się świętem. Problemy nie znikały, jednakże dziś można było nie myśleć o tym, że kolejna konsekwencja zimy daje się we znaki. Powodzie dręczące Republikę Messiru utrudniały dostawy i niszczyły uprawy, a wszystko to szkodziło państwu, ale teraz nie było to aż takie ważne.
Złoto, którego nie szczędzono na organizację tego wszystkiego, zostało dobrze wydane. Nie sposób było z niezadowoleniem stwierdzić, że coś poszło nie tak, bowiem dobra organizacja i staranna praca przyniosły oczekiwany efekt. Efekt, dla którego do stolicy zjechało się wielu mieszkańców, by obserwować przebieg Święta Niepodległości. Fascynujący się militariami byli tutaj niewątpliwie dla parady, zjawiło się wielu początkujących magów, chcących podziwiać kunszt iluzjonistów, którzy mieli się dziś wykazać.
Już od samego rana na rynku dało się dostrzec magów. Trzydziestu mężczyzn stało niemal na samym środku, wszyscy nieruchomo, z dłońmi delikatnie uniesionymi ku górze. Chwilami je opuszczali, regularnie co chwilę się poruszali, delikatnie zmieniając pozycję. Dało się usłyszeć też ciche ich nucenie w języku staroelfickim. Pośród magów byli zarówno ludzie, elfowie jak i półelfowie, wszyscy ubrani tak samo - w niebieskie, długie szaty. Magów kręgiem otaczali strażnicy, wyróżniający się mundurami wyjściowymi. Mieli więc na sobie długie spodnie o prostych nogawkach w kolorze czarnym, białe koszule z krótkim rękawem, kurtki olimpijki w kolorze czarnym, czarne rękawiczki, czapki rogatywki obszyte czarnym galonem i czarne, wysokie buty. Każdy z nich też miał złote oznaczenia stopnia. Głównie byli to strażnicy lub też starsi strażnicy.
Cały rynek był dziś ozdobiony niby złotem i srebrem, przy każdym wejściu do niego stali strażnicy w umundurowaniu wyjściowym. Było tutaj wielu grajków, którzy umilali czas ludziom wesołymi melodiami. W obchodach święta nie dominowała powaga tylko radość. Na rynku był nawet specjalny placyk, na którym ludzie mogli tańczyć. Tam właśnie zebrali się muzycy, razem grający ustalone wcześniej melodie. Jedynie w pobliżu magów panowała cisza, aby im nie przeszkadzać.
Znacznie więcej mieszkańców niż na rynku znajdowało się obecnie przy bramach miasta lub na drodze prowadzącej od bram do rynku. Wszyscy zebrali się tutaj z powodu parady, która przyciągała zdecydowanie najwięcej uwagi. Starannie zorganizowana ruszyła od bram miasta równo w południe. Przede wszystkim byli tam żołnierze, mający na sobie długie czarne spodnie o prostych nogawkach, ciemnobordowe koszule z krótkim rękawem, czarne marynarki z długimi rękawami i z dwoma rzędami ciemnobordowych guzików, zawierających stylizowany wizerunek krzewu różanego wpisanego w tarczę, sięgające do połowy ud, białe rękawiczki, czarne rogatywki, z takim samym emblematam jak na guzikach, na froncie obszyte bordowym galonem i sznur galowy koloru srebrnego upinany do marynarki na prawym ramieniu, a do tego, oczywiście, oznaczenia stopni wojskowych. Towarzyszyli im magowie, wszyscy mający na sobie niebieskie szaty, przedstawiciele różnych ras. Była też orkiestra złożona z ludzi i elfów, ubranych w eleganckie czarne stroje złożone z oficerek, czarnych spodni, białych koszul i czarnych marynarek o długim rękawie.
Parada ruszyła w równym szyku, w rzędach po osiem osób, równym tempem, w takich samych odległościach, tworząc spory prostokąt. Wzdłuż każdego boku tego prostokąta szli żołnierze, a także w drugim rzędzie od przodu i od końca. W trzecim od końca i od początku maszerowali członkowie orkiestry, natomiast w kolejnym magowie. Żołnierze pełniący funkcje reprezentacyjne odznaczali się dyscypliną i organizacją. Ich pancerze zdawały się błyszczeć, a wszyscy wyglądali imponująco – było to wzmocnione przez magów, którzy utrzymywali energię magiczną tak, aby wzmocnić finalny efekt. Instrumentaliści utrzymywali miłą atmosferę grając nieco wzniosłą, ale przyjemną i radosną melodię.
Gdy tylko wszyscy weszli na rynek parada powoli zaczęła się rozchodzić, tak, aby na środku pozostały jedynie cztery rzędy żołnierzy. Teraz na nich koncentrowała się magia. Wszyscy ustawili się równo, jeden obok drugiego, po ośmiu. Mężczyźni stali nieruchomo przez niecałą minutę, po której zadziałał kolejny element rytuału. Tym razem żołnierze rozbłyśli oślepiającym światłem, dość jasnym, by nie można było im się przyglądać. Gdy tylko ta jasność opadła, byli już znacznie więksi, wzrostu niemal czterech metrów. Magowie domyślić się mogli, że na oddział nałożono iluzję, a jej efekt był starannie dopracowany w najmniejszych szczegółach. Teraz już zamiast umundurowania wyjściowego mieli na sobie pancerze, pełne zbroje płytowe. Wszyscy mieli też przy sobie bronie, długie ostrza, bastardy.
Tymczasem pod uliczkami miasta...
- Wszystko gotowe, bracia. - z patosem odpowiedział młody osobnik rasy ludzkiej odziany w ciemne szaty i okryty płaszczem wyciętym z koła, zakryty kapturem na tyle, by mógł pozostać incognito. Reszta nielicznych zgromadzonych była w podobnych strojach.
- Messir niepodległy. Właśnie dziś obchodzimy kolejną rocznicę. Napawa mnie obrzydzenie, kiedy słyszę te wszystkie okrzyki radości i beztroski. Oni wszyscy są ślepi na to, co tak naprawdę dzieje się w naszym ukochanym państwie. Nie pozwólmy by Ci wszyscy emigranci zjedli nasz kraj od środka jak jakiś pasożyt! Nie ma chwili do stracenia! Ruszajmy!
Na placu zaś, tuż przed żołnierzami, pojawiła się teraz mgła, którą niemal od razu rozbiło światło. Gdy mgła opadła dało się dostrzec w jej miejscu cztery rzędy żołnierzy niegdysiejszego tyrana. Byli tego samego wzrostu, równie dopracowani pod względem szczegółów, jednakże zabrudzeni, o plugawych wyrazach twarzy i w brudnych czarnych pancerzach. Pokazywano ich karykaturalnie w odróżnieniu od wyidealizowanych żołnierzy Republiki. Od razu zaczęła się walka pomiędzy iluzjonistycznie wyidealizowanymi żołnierzami a iluzjami przeciwników. Jako że nie wydawali żadnych dźwięków, to tę stratę nadrabiali członkowie orkiestry, którzy ustawili się tuż obok i grali.
Po kilkunastu minutach oddział Republiki wygrał - iluzję rozproszono. Towarzyszyły temu stworzone przez iluzjonistów fajerwerki, wybuchające nad głowami mieszkańców, nad budynkami, tworzące piękną mieszaninę barw. Niekiedy błyszczące światełka łączyły się w kształty przez sekundę przypominając smoka lub ścierające się dwa oddziały. Na placu pozostał jeden wojownik, ale kto w całym zgiełku zabawy i radości zauważyłby jednego fałszywego wojaczka?
Gdy skończył się pokaz iluzjonistyczny odśpiewano hymn narodowy. A przynajmniej zaczęto… Sekunda... Może dwie..
WYBUCH!
Potężna eksplozja wstrząsnęła całym placem. W pierwszych rzędach, przed samym Tutorem, zawrzało od braw. Aplauz, który wtórował opadającemu dymowi cichł, ukazując krwawe żniwo. Na samym środku placu pełnym ludzi widać było teraz majestatyczny obraz śmierci. W promieniu dwudziestu metrów dało się dostrzec porozrywane ciała, a wraz z cichnącymi brawami słychać było lament i krzyk cierpiących. Wtedy dotarło do wszystkich radnych i ważnych osobistości co tak naprawdę się stało - bynajmniej to nie był pokaz fajerwerków. Tutor dojrzał tylko uśmiech jednego z wojowników, który do złudzenia przypominał wcześniejszą wyidealizowaną iluzję. Kolejne sekundy mijały, wszyscy byli w takim szoku, że nie byli w stanie ogarnąć myślami co się tak naprawdę stało. Szybko stawiane kroki wojownika i bieg w stronę Tutora był dla władcy wiecznością. Na koniec udało się tylko usłyszeć:
- MESSIR DLA MESSIRCZYKÓW!
Kolejna eksplozja.
Chaos.".
Gdy sytuacja nieco się uspokoiła, chaos na traktach prowadzących w góry wprost do osad górniczych postanowiły wykorzystać bandy wszelkiego rodzaju rzezimieszków, którzy atakowali zarówno karawany, które ruszały z żywnością oraz zaopatrzeniem jak i te, które zostały wysłane by prosić o pomoc. Górnicy nie mogli czekać w nieskończoność, czas naglił. W międzyczasie pojawiły się plotki, iż jedna z kopalń zawaliła się, a druga osada została zasypana, aczkolwiek przy życiu trzymali się jeszcze mieszkańcy dwóch osad. Według plotek udało się dotrzeć paru górnikom do Montisiliero, którzy przedstawili sytuację panującą w kopalniach. Żywność oraz woda się kończyły, ludzie ginęli przygnieceni śniegiem. Dodatkowo w szybach kopalń zagnieździły się potwory, najwyraźniej zbudzone z zimowego snu.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. W związku z ostatnimi informacjami, zagrożeniem bezpieczeństwa na traktach na północy i brakiem cennej rudy zwołano nadzwyczajne zebranie Rady w Methorze. Obrady przebiegły sprawnie, o czym dość szybko mogli przekonać się obywatele stolicy, gdyż już dnia następnego po rozpoczęciu obrad podjęli najważniejsze uchwały, co też zostało oznajmione na placu przez urzędnika, który czytał ludności, co następuje.
- W związku z ostatnimi wydarzeniami w górach, Rada Republiki Messiru postanowiła: do trzeciego dnia od dzisiejszego ogłoszenia czekać będziemy na śmiałków, którzy odważą się wyruszyć w góry, by pomóc uwięzionym w swych osadach górnikom, którzy oczekują pomocy! Podróż nie będzie łatwa, dlatego oczekujemy od odważnych również umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami! Wasz trud zostanie oczywiście nagrodzony: staniecie się nie tylko bohaterami, lecz również otrzymacie nagrodę pieniężną! Wszyscy chętni będą oczekiwani w koszarach! To w was nadzieja, śmiałkowie!
Padło tego dnia jeszcze wiele słów, chociaż już mniej istotnych. Trzy dni – gdyż górnicy nie mogli czekać w nieskończoność. W koszarach oczekiwano przybycia odważnych, potrafiących walczyć. Droga była niebezpieczna, na pewno każdy musi liczyć się z ryzykiem śmierci. Lecz w zamian oferowano złoto oraz chwałę. Wyprawa miała zostać zorganizowana po trzech dniach. Razem z awanturnikami pojedzie oddział zbrojnych broniących karawanę. Spodziewano się tylko problemów na trakcie, nie wiadomo jednakże było co z drogami – czy są przejezdne. O tym jednak śmiałkowie mieli się dopiero dowiedzieć. Póki co mieli zostać wybrani najlepsi. Najpierw mieli dojechać do Montisiliero, stamtąd razem z przewodnikiem – do gór. Czy jednak znajdą się odważni? Czy wieczna chwała oraz złoto przekonają mieszkańców Republiki?
Okaże się…
//Wieść jest wstępem do sesji, którą poprowadzę ja - id 15. Komentarze pod wieścią będą traktowane jako zgłoszenia do sesji, która powinna ruszyć za niecałe dwa tygodnie. KP w sesji wymagana. Serdecznie zapraszam.//".
Czwartego dnia od pojawienia się słońca było już na tyle ciepło, że śnieg zaczynał się rozpuszczać, a na ulicach zrobiła się chlapa. Około południa na niebie na chwilę pojawiły się chmury, ale spadło z nich jedynie trochę deszczu, co znów przyczyniło się do dalszego topnienia śniegów. Co prawda drzewa wciąż były nagie i brzydkie, a o pierwszych kwiatach nie mogło być mowy, ale i tak zrobiło się jaśniej. Nawet ptaki się pokazały i w niektórych miejscach można było usłyszeć ciche trele. Późnym wieczorem tego dnia przez bramę wjechali Ci, którzy wyruszyli, by przekonać Zimę do odejścia. Bohaterzy. Tak ich przynajmniej nazywano.
Podobno córka Ird czekała właśnie na to, aż ktoś podejmie w ogóle próbę jakiejkolwiek walki z nią, a sama wyprawa już w jakimś stopniu te zamierzenia spełniała. Dotarcie nie było łatwe, przynajmniej w porównaniu do przekonania bogini, która to okazała się nie tak straszna, jak w dniu zaćmienia, i uproszenia jej o wiosnę. Nie mniej, nie więcej udało się i tak oto teraz przychodziła wyczekiwana wiosna, która miała być szansą na walkę z brakiem jedzenia, a do tego rozwiązywała problem z ciepłym odzieniem, którego też wielu mieszkańcom brakowało. Śmiałków nagrodzono, a na ich cześć, a także wiosny i bogów, wyprawiono wielki jarmark. Ludzie bawili się przez całe dwa dni, alkohol, mimo że kiepskiej jakości, to jednak lał się litrami. Na rynku przez ten czas niemal nie ustawała muzyka, a i tańczących nie brakowało. Aby jednak okazać bogom swoją skruchę kapłani odprawiali w świątyniach długie modlitwy i nabożeństwa dziękczynne, na które tłumnie przybywali mieszkańcy w obawie przed kolejną karą. W karczmach właściciele wreszcie mogli wyciągnąć trzymane na czarną godzinę zapasy trunków, bo wiosna oznaczała dla nich coś bardzo ważnego – dostawy.
Spotkanie z boginią obfitowało w pewną niespodziankę, którą szybko potwierdzili tak astrologowie, jak i kapłani. Przedłużająca się zima sprawiła, że ilość dni w miesiącu zwiększyła się do dwudziestuośmiu, choć w okresie pierwszego tygodnia od ponownego pojawienia się słońca nie było to tak odczuwalne. Dopiero gdy w drugim tygodniu okazało się, że wiosna nie przełamuje zimy tak szybko, jakby się spodziewano, a śnieg topnieje wolniej, niż powinien w tym okresie. Wtedy też mieszkańcy zaczęli się zastanawiać jak uda się przetrwać te wciąż jeszcze dość chłodne dni. Entuzjazm przejawiony zabawą i chwilową rozrzutnością dawał się we znaki, jednak teraz można było łatwiej wysłać wiadomość z prośbą o jakiekolwiek dostawy z innych państw, ponieważ trakty nie były już całkowicie zasypane śniegiem.
W trzecim tygodniu Viresse dotarła pierwsza dostawa z Księstwa Arandil, potem kolejne, drobne z innych państw, choć tym razem nie było to tylko jedzenie, ale też upragnione alkohole. Dowieziono głównie piwa i trochę lepszych win. W mieście śniegu praktycznie już nie zostało, a na drzewach można się było dopatrywać pierwszych, nieśmiałych pąków. W niektórych miejscach pojawiły się też pierwsze, wiosenne kwiaty.
Zaczynała się wiosna.
Zmieniona dnia 11-11-12 przez Alexandre Lesage".





